środa, 30 lipca 2014

02. The Unwelcome Guest Is Always Welcome Here.

Wstawałyśmy w środku nocy tylko po to, by dostać się z powrotem do Damar’s Place, by zacząć piec. Właściwie to nawet źle to ujęłam, bo głównie to ja piekłam, a Marina ozdabiała tak, by wszystkie ciasta, bułeczki, nawet chleby, wyglądały po prostu apetycznie. Nie byłam utalentowana artystycznie w przeciwieństwie do niej, więc w tym przypadku się doskonale uzupełniałyśmy. Znaczym udogodnieniem były wszystkie maszyny, które za mnie mieszały i wyrabiały masę, ale mimo wszystko już z samego rana musiałam faszerować się kawą, by zabić narastające zmęczenie dniem, który tak naprawdę nawet się nie zaczął. Gdy wszystko to, co należało zrobić dużo przed otwarciem, było już gotowe, jechałyśmy z rana do sklepów, w których regularnie zaopatrywałyśmy się w potrzebne produkty i tak zaczynały się zbyt krótkie dwadzieścia cztery godziny, które nie napawały mnie już żadnym optymizmem. Przez cholerną wpadkę w Veggie Grill nie mogłam się skupić i kilka razy o mały włos bym coś spieprzyła, co sprawiało, że byłam coraz bliżej histerii. Chciałam się w końcu wyspać, by odegnać wyczerpanie i psychiczne i fizyczne, bo czułam się tak, jakby rozładowała mi się bateria, a ładowarka przestała łączyć. Chciałam oprzeć się głową o blat stołu i po prostu usnąć na stojąco. Pamiętam, że na samym początku te kuszące zapachy z piekarników mnie pobudzały do życia i do tego, by się ruszać, ale dziś sprawiały, że mnie mdliło i było mi jeszcze gorzej. Dotarło do mnie, że ten cholerny incydent najwyraźniej przelał czarę czegoś, co było cierpliwością do mojej własnej egzystencji. Nie miałam pojęcia, dlaczego to aż tak mnie tknęło. Może dlatego, że mogłam policzyć na palcach jednej ręki facetów, którzy mi wpadli w oko? Chciałam zapalić. Zapalić i się upić, a potem cały dzień przeleżeć w łóżku z dobrą książką i może z kolejną butelką alkoholu.
A potem, gdy wyrabiałam cholerny niemiecki chleb, który mi kiedyś zasmakował na tyle, że postanowiłam go dodać do listy pieczywa Damarsa, znów myślami musiałam powrócić do cholernego Kaulitza, co znowu doprowadziło mnie do tego, że znów zaczęłam zastanawiać się nad swoją własną przyszłością. Miałam dwadzieścia dwa lata i moją perspektywą było wieczne pieczenie i gotowanie. Do czego ja, do cholery, zmierzałam? Przecież nie byłam typową karierowiczką i nigdy nie chciałam skupić się tylko i wyłącznie na trzepaniu kasy. A jak skończyłam? Przecież chciałam mieć kogoś, z kim mogłabym dzielić swój czas, kogoś, z kim chciałabym założyć rodzinę i wieść szczęśliwe życie. Byłam domatorem, a aktualnie sobotę spędzałam w klubie, flirtując z facetami, którzy mi się nie podobali po to, by... By oszukiwać siebie samą. Udawałam przed tymi mężczyznami i przed samą sobą, że nie byłam zepsuta i że było mi z samą sobą wspaniale i że chciałam kogoś wpuścić do ruin, w których się obracałam, a które były otoczką mojego życia, ale... Cóż, zdawałam sobie z tego wszystkiego doskonale sprawę, ale co z tego? To wciąż zataczało koło, wciąż to samo, wciąż ten sam bezsens.
- Znów te fatalne dni? – spytała Marina, ubrana już w swoją błękitną sukienkę w białe groszki z czarnym paskiem w talii, przepasana białym fartuszkiem, a na nogach miała te urocze niebieskie buty na obcasach z białą kokardką za odkrytym palcem z białymi brzegami. Spojrzałam na nią podejrzliwe i zorientowałam się, że moja mina musiała przypominać minę osoby, której pies został potrącony przez szalonego kierowcę. Westchnęłam, wzruszając ramionami. – Nie martw się, przejdzie ci. – uśmiechnęła się do mnie, najwyraźniej próbując mi dodać otuchy. – Zawsze ci przechodzi. – dodała, a ja skinęłam głową, choć pierwszy raz wcale nie byłam tego taka pewna. – To przez tego faceta, nie? Za każdym razem jakaś taka sytuacja wytrąca cię z równowagi. – podeszła do mnie, by odebrać mi blachę z biszkoptem, co miałam już zrobić dawno temu, ale znów się zawiesiłam w połowie czynności. – Dzisiaj jesteś jeszcze bardziej nieobecna, niż wczoraj. Może powinnaś jednak coś z tym zrobić? Może Kubuś go lepiej poznał i wie chociaż jak się nazywa?
W pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że przecież nie mam czasu na spotykanie się z facetami, ale potem do mnie dotarło, że to by zabrzmiało, jakbym chciała go jeszcze zobaczyć, a przecież...
- Nie chcę. – potrząsnęłam głową i nabierając powietrza, ruszyłam do piekarnika, by sprawdzić, jak się miały babeczki. Chciałam tym samym dać Marinie do zrozumienia, że dla mnie temat się skończył, ale ona nie załapała.
- Zauważyłaś, że ostatnio coraz mniej rozmawiamy? – spytała, a ja poczułam ochotę, by przywalić łbem o szybkę piekarnika, albo najlepiej wejść do środka i spalić się na popiół. Nie chciałam rozmawiać. W ogóle niczego nie chciałam. Prócz oczywistej większej ilości snu. – Aida, co jest?
Pytanie zawisło w powietrzu, sprawiając, że było mi jeszcze gorzej i zacisnęłam zęby. Dlaczego mnie to nie kręciło tak jak na początku? Nagłe brzęczenie piekarnika uratował mnie chwilowo z opresji i otworzyłam drzwiczki, łapiąc za rękawicę, by wyciągnąć blachę z babeczkami.
- Jestem zmęczona. – mruknęłam, stawiając blachę na blat. – Nic poza tym. Więc wszystko w porządku.
Nic nie jest w porządku, Marina. Po prostu trzeba zaczekać, aż się to wszystko skończy. Tylko, że to chyba nie miało zamiaru się kończyć, więc cóż...

Wdech, wydech. Wdech, wydech. Czy ja już całkowicie wariowałam, że nie potrafiłam wykonać codziennej czynności w kuchni, do cholery?! Nie mogłam spieprzyć lunchu, który został zamówiony! Boże, dzisiejszy dzień to porażka jeszcze większa, niż wczorajsza!
Przetarłam dłońmi twarz i wydałam z siebie dźwięk świadczący o tym, że za rogiem była już głośna histeria. Może powinnam się zmienić z Mariną. Ja będę obsługiwać klientów, uśmiechać się do nich i udawać, a ona uratuje nas od splajtowania? Wdech, wydech. Skończ, co zaczęłaś. Nie mogłam być aż tak głupia, by spalić już drugi kawałek pieprzonego mięsa. Boże, co ja robiłam? Przecież prowadziłam restaurację, jak mogłam pieprzyć coś tak cholernie łatwego?! Miałam ochotę podejść do klienta i strzelić mu w twarz patelnią i uciec do domu. Prawdopodobnie bym się zabiła gdzieś na ulicy, a jeśli nie, to i tak stanęłabym przed sądem i... Matko Boska, o czym ja myślę? Do trzech razy sztuka. Włożyłam już wcześniej odpowiednio przyprawioną pierś z kurczaka na grilla i docisnęłam ją górną częścią przyrządzenia. Nie zamyśl się, kretynko. Po prostu się nie zamyśl i wszystko będzie w porządku.
Na początku odliczałam czas. Później robiłam wszystko na wyczucie. A dzisiaj wszystko przypalam i nawet nie potrafię tego naprawić z telefonem w ręku, na którego wyświetlaczu migał mi stoper. Rzadko mi się to zdarzało, ale dzisiaj nie mogłam wytrzymać sama ze sobą i miałam wrażenie, że z tego powodu pokłócę się z Mariną. Boże, nie chciałam tego. Pod wpływem emocji byłam gorzej niż nieznośna i ledwo ja rozumiałam samą siebie, a co dopiero ktokolwiek inny.
Nagle Marina pojawiła się w kuchni, gapiąc się na mnie spod uniesionej brwi i już miałam zacząć się bronić, gdy dotarło do mnie, że ona nawet nie mogła zauważyć spalonych piersi z kurczaka, bo je sobą zasłoniłam. Powoli zrobiła kilka kroków w moją stronę i wskazała ręką na wejście do głównej sali, wciąż robiąc tę samą głupkowatą minę.
- Wysoki, szczupły, ale umięśniony, z tatuażami i kolczykami, blondyn z zarostem, ale, kurwa, nie dodałaś, że jest sławny! – wyszeptała podniesionym głosem, a ja niespodziewanie poczułam jak czerwień wypływa na moje policzki, a gardło zaciska mi się boleśnie, gdy dotarło do mnie, że opisała właśnie Kaulitza. O Boże, nie! – Pokazał mi twoją wizytówkę, którą ponoć dostał od Kubusia!
- Nie! – sapnęłam piskliwie i syknęłam, gdy dotknęłam przez nieuwagę gorącej części grilla. Otworzyłam go z impetem i szczypcami nałożyłam pierś na talerz, natychmiast szukając wzrokiem miejsca, gdzie zostawiłam cholerne pieczone ziemniaczki, choć miałam ochotę stąd zwiać.
- Właśnie, że tak! On pytał, czy tu pracujesz!
Zatrzymałam się gwałtownie, prawie zwalając zawartość talerza na podłogę i spojrzałam spanikowana na Marinę z wielkimi oczyma.
- Powiedz, że to pomyłka. Powiedz, że mnie tu nie ma. – rzuciłam grobowym głosem, choć nawet ja usłyszałam w nim wyraźną nutę histerii, która wciąż czaiła się gdzieś kilka metrów ode mnie. – Powiedz, że to prima aprilisowy żart ze strony Kubusia i go po prostu...
- Aida, facet tu przyszedł i pyta o ciebie, dociera to? – Marina zmarszczyła czoło, jakby szok z niej zszedł w ciągu kilku sekund, a ja zamrugałam oczami, nie wiedząc, jak się zachować. Skup się. Lunch. – Jak mam powiedzieć, że cię tu nie ma, skoro na wizytówce pisze, że jesteś tu właścicielką?
- Skąd mam to wiedzieć? Wymyśl coś. – położyłam pełny talerz na tacę i przesunęłam ją w stronę przyjaciółki. – Jestem zajęta. Nie wiem, o co chodzi, ale jestem zajęta. Bardzo zajęta.
- O, to na pewno. – obok tacy pojawiła się karteczka z zamówieniem, a ja zagryzłam wargę. – Bo ten facet, od którego zwiałaś, właśnie zażyczył sobie jedzenia, które mu przygotujesz, a potem mi wytłumaczysz, dlaczego muszę robić z siebie idiotkę dla idiotki, której nie rozumiem. – przewróciła oczami i zostawiła mnie samą w kuchni, zabierając tacę i odetchnęłam, choć nie poczułam ani grama ulgi. Boże, on tam był? Zabiję Kubę. Nie wiem jak, bo nie miałam zamiaru się z nim widywać przez najbliższą wieczność, ale go zabiję. Zacisnęłam zęby, czując skurcz żołądka z nerwów i zerknęłam na karteczkę. Naleśniki? Byłam pewna, że spalę nawet cholerne naleśniki. I dlaczego on tu przyszedł? Chyba nie po to, by dać mi autograf, o którym wspominał mój brat? Jezu, co za żart. A to, co się właśnie działo w moim organizmie było jeszcze mniej śmieszne. Chciałam go zobaczyć, ale jeśli tam wyjdę, na pewno zrobię coś głupiego. Było mi duszno od nadmiaru stresu, jaki mnie zalał. Na wyczucie kręciłam się po kuchni, by stworzyć mu jedzenie, choć gdyby mnie ktoś spytał, ja nawet nie wiedziałam, co robiłam. On tam był, a ja chciałam go zobaczyć. Tylko na chwilę. Ale jak miałam to zrobić, by nie zauważył? A co jeśli siedział przy ladzie? Marina wróci po zamówienie, prawda? A jeśli nie?
Nie miałam pojęcia, jakim cudem zrobiłam mu jedzenie, nie paląc niczego i to jeszcze ustawiając na talerzu wszystko tak, że wyglądało to tak, jakby przygotowała to Marina, ale, do cholery, gdyby nie to, że dygotały mi ręce i byłam bliska omdlenia, poczułabym się z siebie dumna.
- Strasznie dużo gada. – usłyszałam i podskoczyłam, znów prawie zwalając wszystko na podłogę. Posłałam gniewne spojrzenie Marinie, ale ona nawet nie zwróciła na to uwagi. Widząc jej szeroki uśmiech na twarzy, poczułam wyraziste ukłucie zazdrości i ledwo opanowałam ochotę przywalenia sobie w twarz. – Zobaczył chleb niemiecki i wziął dwa bochenki i zdążył już opierdzielić pięć babeczek i wydaje mi się, że to nie koniec zamówienia. – odetchnęła i chwyciła tacę z naleśnikami, która już na nią czekała. Na szczęście. Chciałam się rozpłakać. – Powiedziałam mu, że siedzisz w kuchni i nie masz czasu na przyjście do głównej sali, ale może spróbować kiedy indziej. – dodała, odwracając się do mnie plecami, a ja znów zastygłam jak słup soli.
- Słucham? – wykrztusiłam. – Kiedy indziej? To znaczy kiedy?
- Kiedy przestaniesz się go bać. No ale tego mu nie powiedziałam, bo chyba nie powinien wiedzieć, że jesteś aż tak szurnięta. – uśmiechnęła się do mnie pogodnie zza ramienia, a gdy mnie zostawiła w spokoju, znów się zaczerwieniłam. Niech to szlag. Boże, niech to szlag. Dusiłam się dudniącym sercem, a ona tak po prostu...! Przełknęłam ślinę i powoli ruszyłam za nią, by zatrzymać się przed drzwiami do głównej sali. Skrzyżowałam ręce, by uspokoić rozedrgane dłonie i rozejrzałam się przez okienko, stojąc przyklejona do ściany. Z prawej strony go nie było. Och, no jasne! Jeśli Marina mówiła, że dużo mówi, to znaczy, że musi siedzieć przy ladzie! Nabrałam powietrza i ostrożnie przesunęłam się w prawą stronę, by zwiększyć pole widzenia. Jeszcze tylko chwilę... Serce zaczęło walić jeszcze mocniej, aż zaczęło boleć. Dlaczego to aż tak mnie obchodziło, do cholery? Jeszcze chwilę... Wciągnęłam ze świstem powietrze, gdy dostrzegłam wytatuowane lewe ramię, a zaraz potem i tors odziany w białą koszulkę i fala motylków eksplodowała z takim rozmachem, że złapałam się z wrażenia za brzuch. Marina właśnie nalewała mu do kubka kawy, a on kroił nożem naleśniki, które własnoręcznie mu zrobiłam i coś, co oscylowało pomiędzy ekscytacją, a chorą dumą, sprawiło, że zaczęło mi szumieć w głowie. W jednej chwili zamknęłam się w dziwnym świecie, do którego nie dotarłam nawet wtedy, kiedy poznałam Dereka. Chłonęłam jego sylwetkę, gdy jadł, kiwając głową, jakby był zadowolony z tego, co miał na talerzu i nagle nic więcej nie było już ważne. Po prostu stałam i się gapiłam, szum zagłuszał inne dźwięki z zewnątrz i czułam się kompletnie ogłupiała. Nigdy nie zareagowałam tak intensywnie jak teraz. Nigdy.
Nagle podniósł wzrok znad talerza, a jego oczy powędrowały w stronę drzwi do kuchni i poczułam mdłości, gdy spojrzały prosto na moją twarz w okrągłym okienku. O Boże!
Natychmiast się odsunęłam, choć zdążyłam zauważyć lekki uśmiech na jego ustach i złapałam się za serce, niemal czując pod palcami jego uderzenia. Oparłam się o ścianę, dysząc tak wściekle, jak wściekle się zaczerwieniłam i jęknęłam cicho, nie potrafiąc się opanować. Szum zelżał na tyle, że usłyszałam muzykę z głośników i głosy z sali. Kolejna fala motylków przefrunęła przez mój brzuch, gdy jakimś cudem dotarł do mnie głos Mariny i Kaulitza. Boże, to się nie mogło dziać naprawdę. Dlaczego ja tak reagowałam?!
- ...się w ustach. Co za szkoda, że nikt u mnie w domu nie potrafi tak gotować...
- Damar’s Place jest otwarte sześć dni w tygodniu, więc zapraszamy.
- Gdybym miał tu przychodzić, musiałbym więcej czasu spędzać na siłowni. Jezu, to naprawdę jest pyszne.
Dobra, czasami rozmawiałyśmy z klientami, gdy siedzieli metr przed nami, ale niech mnie szlag, czy to było normalne, że oni rozmawiali tak, jakby się znali od... nie wiem ile czasu? I dlaczego ja jestem zazdrosna o człowieka, którego nie znam?
- Siłownia to samo zdrowie.
- Dobra, przekonałaś mnie.
Nie! On nie może tutaj częściej przychodzić!
- Do usług.
- Och, właśnie. Z troski o kolana niewinnych kobiet. Jak się ma kolano współwłaścicielki?
Mój wzrok samoczynnie powędrował na dół i nie wiedzieć czemu, uśmiechnęłam się szeroko. Chyba zwariowałam. Robiłam z siebie idiotkę na oczach człowieka, pytającego się o moje kolano, którym przywaliłam w stolik, gdy zwiewałam z Veggie Grill. Co się właśnie działo, bo chyba miałam poważny problem? Przytknęłam lodowate dłonie do gorącej twarzy i westchnęłam, przełykając głośno ślinę. Jezu, do cholery, ale czemu on się pytał o moje kolano?
- Bywało lepiej, ale nie utyka, więc jest szansa, że nie trzeba będzie amputować nogi.
Słucham?
Kaulitz roześmiał się głośno i przymknęłam powieki, czując dziwną miękkość w okolicy serca. Okej... To było absurdalne i zdecydowanie głupie, ale najwyraźniej ten facet... podobał mi się bardziej, niż bardzo. Nie miałam pojęcia, jak to się stało, bo przecież ja tylko słuchałam i patrzyłam, ledwo nawiązując kontakt wzrokowy. Wywarł na mnie zbyt duże wrażenie z nieznanego mi powodu i to w zastraszająco szybkim tempie. Nie, kurwa, nie. To nie mogło się dziać. Nie miałam zamiaru zadurzyć się w jakimkolwiek znanym wokaliście jakiegokolwiek zespołu, kiedy doskonale wiedziałam, jak się kończy związek z kimś, kto posiada autorytet. Po co ten człowiek tutaj przychodził? Nawet na głupi podryw to wyglądało zbyt dziwnie. Po co miałby się fatygować dla kogoś, kogo widział tylko przez minutę, może dwie? Czy ja bym się dla niego fatygowała? Nie było takiej opcji.
Potrząsnęłam głową i powędrowałam do chłodziarki, by wyciągnąć z niej butelkę z wodą niegazowaną. Powinnam się skupić na pracy, a nie na tym, że moja przyjaciółka właśnie urządzała sobie małą pogawędkę z facetem, dla którego robiłam z siebie kretynkę, a który przyszedł tutaj, bo mój własny i osobisty brat dał mu moją wizytówkę. Nagle stanęłam jak wryta, prawie oblewając się zawartością odkręconej butelki. Och, niech to szlag, ja na wizytówce miałam podany swój numer telefonu. Co prawda to nie był prywatny, tylko ten drugi, firmowy, ale to wciąż był numer do mnie! Nie, chwila. To nie mogło się dziać naprawdę. Znani ludzie nie łazili za zwykłymi ludźmi tak po prostu. On nie mógł się mną zainteresować tak po prostu, bo był znany. Znani łączą się ze znanymi, bo inaczej wychodziła katastrofa, czyż nie? Logika zasadniczo była zatrważająco łatwa do przyjęcia, tylko że zdarzały się skrajnie odwrotne przypadki, a ja chyba jednak nie chciałam, żeby on się zaliczał do tej wyjątkowej kategorii. Nie potrzebowałam takich ludzi wokół siebie. Ja, praca i Marina.
Z naburmuszoną miną odłożyłam butelkę i już miałam zająć się zmywarką do naczyń, gdy drzwi się otworzyły, a do kuchni wparowała Marina z kolejnym zamówieniem. Jej oczy dosłownie błyszczały i poczułam chęć przyłożenia jej, nie sobie. Może on jednak wcale nie przyszedł tutaj bezpośrednio z mojego powodu? Może przyszedł tylko, żeby sprawdzić, co serwujemy? Dlaczego od razu pomyślałam, że chodziło o mnie? Głupia Aida.
- Uprzejmy pan pytał o twoje kolano i postanowił przychodzić tu częściej, bo bardzo mu zasmakowały naleśniki. – oznajmiła lekko, uśmiechając się szeroko. – A tutaj zamówienie. – położyła karteczkę na stole, a ja westchnęłam, znów się w tym wszystkim gubiąc. Praca była łatwa do ogarnięcia, gorzej, kiedy zaczynałam myśleć. Praca, tak, praca. Powinnam się skupić na czymś trwałym i wartym przemyśleń. Co ja w ogóle odwalałam?... Zachowywałam się jak stereotypowa baba, która nie mogła sobie poradzić sama ze sobą. Pfff, byłam perfekcyjnie normalna, a Kaulitza tam nie było.
Z głośnym odetchnięciem chwyciłam karteczkę z zamówieniem i ruszyłam do działania. Tak, Aida, przypomnij sobie, dlaczego chciałaś zacząć tu pracować. By nie myśleć.

~~~~

Idę spać i tyle xD

Tviggy - Dotarło do mnie, że to Ty po stylu komentarza, więc spoko :D I w dalszym ciągu nie wnikam w to, co Ty czytasz, także tego... Tak, chyba wkładam w to... więcej czegoś. Takie moje urocze chuj wie co xD I taka niespodzianka - prawdopodobnie nie lubicie Mariny, bo jest przedstawiona przez emocje Aidy w stosunku do Damarsa. Ale to tylko moje przypuszczenie.
Asia - Dziękuję :)
Elisa - Kubuś się przydał! :D I git, że mało wiesz, bo ja też mało wiem. Mam zabawę z tego, że ciągle dowiaduję się czegoś nowego :)
Miss - Aida raczej nie dorośnie i powinnaś o tym wiedzieć ^_^ I nie mylisz się, Marina nie jest tak naprawdę szczęśliwa, ale spoooko, do czasu. Tylko mimo wszystko bardziej czuje Damarsa. Wiesz co? Sama się do tego wszystkiego przekonuję.
Vergessen Engel - Jużem poprawiła! xD I cieszę się, że ci się podoba!
Edyta - Yyyyyyyy ja tej myśli nie miałam xD
Sternschnuppe - Zobaczysz :)

9 komentarzy:

  1. Łe no albo moje oczy nie chcą współpracować albo spać mi się chce. Wydaje mi się, krótko.
    Noooo i no. Kaulitz przyszedł, nawpierdalał się i wyobraziłam sobie jak on to musiał żuć kiwając tą głową. Zupełnie tak jak na jakimś filmi z jakimś dziadkiem co się z nim spotkał kiedys tam xD
    Kubuś wsypał Aidę dając mu wizytówkę. Chwała mu za to.
    Gdybym mogła to bym go wyściskała. Tak, Kubuś jes zajebisty. (ruda Aneta mózg mi wyprała i dlatego uwielbiam Kubusia. Zero logiki wiem ale tak jest. )
    I się znowu powtarzam. Eh...
    I nabrałam ochoty na naleśniki. Dieta idzie się jebać właśnie szukam patelni ^^
    To całe opowiadanie wydaje mi się być czymś...czymś w co włożysz więcej serca niż w pozostałe. Nie wiem czemu ale tak mi się wydaje. A Mariny nadal nie lubię.
    I to tyle z mojej strony idę jeść.
    Weny!
    btw - zmieniłam z "oliwia kaulitz" na "tviggy kaulitz" tak żebyś wiedziała, że ja to ja a nie ktoś inny xD

    OdpowiedzUsuń
  2. ah widać że ktoś tu sie zakochał lub zauroczył hehe :D brawo genialnie piszesz

    OdpowiedzUsuń
  3. I co ja mam Ci napisać? Nadal mało wiem.
    Długotrwały brak związku przedstawiłaś bardzo prawdziwie xD Jak ktoś staje na drodze po takim czasie bycia singlem, robi to dodatkowy rozpierdol w głowie :/
    Kubuś - chwała mu za tą wizytówkę! Przynajmniej siostra ma większą szansę na zapełnienie pustki między nogami ^^
    Tylko ta Marina mi coś...nie wiem, nie czuję jej. Do tej pory jest mi...hmm, zbędna, niepotrzebna? Nie jestem do niej przekonana.
    No i czekam na więcej Kaulitza, albo Kaulitzów :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Poczułam się kurewsko zazdrosna. Z dwóch powodów. Jeden jest logiczny, drugi nie. W razie wszelkich pytań, jeśli się nie domyślasz o czym mówię możesz pisać smsy, dzwonić, pisać na gadu, na fb czy gdzie Ci się podoba.
    Nie rozumiem dlaczego ludzie nie lubią Mariny, a kochają Kubusia. Chociaż to może wiele tłumaczyć. I miałaś rację, ze po tym rozdziale dostanę czegoś w podobie załamania nerwowego. I kurwa, żeby nie wiem co, dokonam tego. Czy z Tobą czy nie, kiedyś tego dokonam. Chociaż zdecydowanie wolałabym z Tobą. I powtórzę się. Twoje tytuły są genialne. Nie to co to gówno u mnie.
    Tymczasem, nie mogę się doczekać momentu, kiedy Aida trochę się ogarnie i postanowi wyjść na przeciw Kaulitzowi. Jak kiedyś dorośnie, to się ucieszę.
    I mam przedziwne wrażenie, że Marina nie do końca jest taka szczęśliwa jak pokazuje. Mylę się, czy nie? Buziaki, do następnego! ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, wiem. Ale wiesz. Z tym dorastaniem mam na myśli coś minimalnego, bo u Aidy i tak to będzie postęp. I jej, ciekawe czemu to wszystko wiem *poszła usiąść i myśleć*
    Co do Mariny... Jest mi ciężko myśleć o tym, co dla niej wymyśliłaś. Ale to już wina mojego zjebanego mózgu. Nevermind.
    I skoro się bardziej do tego przekonujesz, to ruszmy się obydwie. Skoro ludzie mówią, ze to mega idea.

    OdpowiedzUsuń
  6. OMG. CU-DO-WNE!
    Czytając to, mam wrażenie jakbym sama była Aidą. To przez to jak naturalnie opisujesz jej emocje i przez narrację pierwszoosobową. Cudowne! Aż żałuję, że nie mam jeszcze do przeczytania jednego odcinka, bo naprawdę ogromnie mi się podoba. Pisz szybko następny rozdział!
    Pozdrawiam. :)

    PS: Nadal mnie to wkurwia...

    OdpowiedzUsuń
  7. ,,Z troski o kolana niewinnych kobiet." To zdanie wypowiedziane przez Kaulitza nabiera innego znaczenia:D To było zamierzone, czy tylko ja miałam niestosowną myśl?

    OdpowiedzUsuń
  8. O ja nie mogę! Szybo Kaulitza przyprowadziłaś do Aidy. Tylko szkoda, że ona do niego nie wyszła :D Kubuś spisał się na medal! :D Tylko teraz zrób tak, żeby Aida się go nie bała :D Może powinna Marina tu powinna pomóc?

    OdpowiedzUsuń
  9. Coś czułam, że w tym odcinku coś się wydarzy! I nie myliłam się, Bill jest tu taki słodki i niewinny. :D Jestem ciekawa jak dalej rozwinie sie ta relacja. Aida jest cudowną osobą i wyjątkową na swój sposób. Zaraz zacznę znowu czytać, tylko muszę iść ćwiczyć ;-;

    OdpowiedzUsuń